Nigdy nie byłem wielkim fanem
Richarda Duranda, ale trzeba oddać mu to, że jego utwory "Intro Something", "Always The Sun" w remixie Rogera Shaha oraz jego remix "Madagascar" to mocne pozycje w mojej domowej playliście. Jako iż jestem na bakier z jego twórczością - do słuchania albumu
Wide Awake podchodzę z lekkim dystansem - fajerwerków się nie spodziewam, ale może być dobrze - zwłaszcza po opiniach, które zdążyłem do tej pory przejrzeć. Z drugiej strony nie idę w ten album w ciemno - jeśli dobrze liczę, to 6 utworów słyszałem już wcześniej. Zobaczmy, co ma dla nas Richard
Burning Piano - Zanosiło się na ładny instrumental, ale zabrakło w tym jakiejś pasji, emocji. Prosty motyw pasuje tu idealnie, jest słodki i niewinny. Niestety, gdzieś zabrakło głębi. W rezultacie tylko i wyłącznie przeciętne intro, chociaż pomysł przyznam szczerze bardzo ciekawy i zaskakujący.
Clear Blue Sky - Niemal od początku daje się wyczuć bardzo orientalny klimat. Ciekawy beat, z lekka mroczna melodia - początek fajny. Przez moment, gdy utwór zaczyna brzmieć bardziej klubowo, traci swoją moc. Jednak gdy znowu wchodzi melodia - klimat wraca, co pokazuje jak dużą rolę odgrywa tu właśnie ta melodia. Były predyspozycje do hitu i to na sam początek, ale niestety szlifu zabrakło - nie przemawia do mnie rozwinięcie utworu to raz. Dwa, momentami wchodzą drażniące elementy perkusji, które przeciętnie pasują do tego utworu i gryzą się z motywem. Dobry utwór, ale mógłby być o wiele lepszy.
Wide Awake (feat. Ellie Lawson) - Od tytułowego utworu albumu oczekiwałbym o wiele, wiele więcej. Baseline to porażka na całej linii - brzmi jak połowa progresu w aktualnym trance. Wokal też mi się nie podoba, barwa jest po prostu mało urocza. W pewnym momencie zaczyna mocno przynudzać. Nic mi się tu nie podoba - w sumie akordy nie takie najgorsze, ale cała (słaba) reszta mi ty przykrywa.
Airwell - Pierwsze wrażenie - strasznie dający po uszach beat, rozbudowana perkusja (niestety nie zaliczyłbym w tym wypadku tego do plusów...). Jednak od momentu kiedy wchodzi motyw kawałek zaczyna mi się podobać. Ciekawe brzmienia - z początku trochę przypominające mi album duetu Cassete. Emocjonalny breakdown, na prawdę mocna sprawa. I później ta melodia - dobra pozycja na liście tej płyty. Lekka nostalgia plus klubowe brzmienie Duranda dały tutaj niesamowity efekt - rozwinięcia utworu słuchałem z przejęciem. Summa summarum bardzo dobry utwór
Explode (feat. Kash) - Potencjał był ogromny w tym kawałku, głównie ze względu na klimat - niesamowicie go tutaj Richard zbudował. Wciągający baseline, wpadający w ucho motyw... wszystko zepsuł ten wokal.... ale czy na pewno zepsuł? Wokal ma u mnie ogromny plus za oryginalność i ambitność - nie potrafię teraz sprecyzować, z czym mi się kojarzy, z jakim stylem itd. ale patrząc z dystansem na ten track stwierdzam, że dodaje mu uroku jak cholera. No nie wiem, jakiś rap-pop klub z amerykańskiego filmu? No co by nie mówić utwór jest świetny! Brzmienia z początku dobrze wprowadzają, później baseline wciąga no i ten klimat jest utrzymany przez cały utwór. Brakuje jakiegoś punktu kulminacyjnego, ale czy ktoś powiedział że musi być? To mi się podoba w tym albumie póki co - zero barier
Frozen Dreams - Od samego początku skoczna linia główna i klubowe brzmienie, może się podobać. Po raz kolejny bardzo ciekawe synthe. Bardzo ciekawie się rozwija. A później motyw, który...również mi się podoba. Słodki break, można się rozmarzyć. Ciężko mi się tu rozpisać - po prostu, rozbijając na elementy czy patrząc na ogół - bardzo dobry utwór. To powinien być dla mnie tytułowy kawałek utwory - bo mówi wszystko o całym albumie - melodyczny, klimatyczny, oryginalny.
Everything From Me (Richard Durand Remix) - Najbardziej pompowany release tego roku czyli wielki powrót Andain w reinterpretacji Richarda Duranda. Nawet nieźle mu to wyszło. Nie przykuł nad wyraz mojej uwagi, ale jest niezły - prosty, skoczny, z ujmującymi akordami. Ze wszystkich wersji tego kawałka, które do tej pory słyszałem, ta wygrywa i porównując do reszty tego albumu, prezentuje się naprawdę nieźle. Niewielka zasługa w tym wokalu, więc tym bardziej brawa.
Dryland - Kolejne ciekawe dźwięki. Pierdzenie daje mocno po uszach, ale nadaje utworowi charakter. Tutaj już otrzymujemy bardziej typową, trance'ową budowę. Dramatyczna melodia, której słucha się z zaciekawieniem. Nic nadzwyczajnego, ot taki dobry trancer.
Night and Day (feat. Christian Burns) - Kawałek dobrze mi znany i osobiście przeze mnie ubóstwiany. Co za wokal, co za klimat, co za dźwięk! Wg. mnie nie da się obok tego utworu przejść obojętnie. Wokal to chyba jeden z najlepszych głosów męskich na trancowym rynku, naprawdę porusza, zwłaszcza, gdy wyciąga górne dźwięki. A gdy dołożyć do tego dźwięki Ryśka... po prostu to uwielbiam i nie widzę żadnego słabego momentu w tym utworze - tym bardziej, że pan autor wyciąga nas później z tego klimatu w epicki breakdown i i rozwinięcie pod niego zbudowane. Podejrzewam, że nic mnie już bardziej nie zachwyci na tym albumie.
Robotic - Od samego początku helikopter z elementu leadu, ciekawie. No i wrażenia estetyczne ciągle bez zmian - niesamowite dźwięki, Richard na prawdę na talent do wydobywania wibracji na uszach. Później kolejny uplifter i przejście rodem ze Swedish House Mafia... genialne! Urzekł mnie ten utwór swoją oryginalnością. Klubowe brzmienie trąbki i twardy beat - dla mnie ekstra. Może mało trancowy, może mało melodyczny, ale Richard pokazał że można zrobić coś klubowego i oryginalnego bez motywu al'a "Turbulence".
N.Y.C. (feat. JES) - Dobrze znany słuchaczom trance'u kawałek, który ja osobiście preferuje w wersji Coco Channel Club Mix. Na uwagę zasługje przede wszystkim wokal - miły, słodki, potrafi rozkochać. Brzmienie Duranda jak zwykle dobre, ale nie zgrywa się imo z motywem, charakterystyką kawałka. Wokal sprawia, że aż się prosi o lekki, mało ambitny baseline, a niestety swoimi rytmami Richard trochę odpycha tutaj. Choć i tak stwierdzam że ta wersja jest w porządku.
Tiger's Apology - Mocno od samego początku. Chyba nawet trochę za mocno. W pewnym momencie przewodni syntezator daje po uszach po prostu (chociaż moje odczucia mogą być nad wyraz, gdyż postanowiłem sobie sprawić wersję FLAC). Bardzo dobry tytuł dla tego kawałka, zwłaszcza ze względu na jego późniejszy charakter.
Open Range - Lead przypominający nam to, czym częstują nas producenci typu Armin van B... a przepraszam, Benno na myśli miałem

Wejście jest mroczne, tajemnicze. Wszystko rozwija się dosyć powoli i cicho, co jest atutem dla klimatu. Melodia wcale nie odstaje, ba, jest chyba największym plusem tego utworu. Break przypomina mi jeden kawałek z "Phantasmy" Boliera, bodaj "The Knights Approach" ale głowy nie dam. Rozwinięcie dosyć typowe, ale w wypadku tego utworu to plus - nie zawsze nazbyt ambitnie, równa się dobrze. Kolejny bardzo dobry utwór.
Real Deal - Twardy baseline i kosmiczny dźwięk w tle - bardzo ciekawie. Melodia i ogólnie break brzmi znajomo, jak sobie przypomnę to z EDITem wrócę

Troszkę mało się tu dzieje. Richard zbudował dobry klimat, ale na dłuższą metę ciężko tego słuchać. Choć przyznam, pomysł dobry był.
Crystal (vs. Alex O'Rion) - Widać że collab, bo od razu bardziej wyrównany i spokojniejszy utwór. Nic nadzwyczajnego, ale całkiem niezły

Lekka, przyjemna melodia, tym razem jednak ze spokojniejszym podkładem co działa na korzyść kawałka. Poprawia humor, miło się tego słucha.
Incredible Music - Kolejny eksperyment i wyszło... no, jakby to nazwać: interesująco? To "Incredible Music" na końcu frazy kojarzy mi się z podwórkowym housem, ale ogólnie szacun dla Richarda że tak skombinował, bo w kilku momentach może się to podobać. Nie ma to jakiegoś wyrazy jako całość, ot taki zlepek pomysłów i dźwięków, ale bardzo ciekawych pomysłów i dźwięków. Gdyby jeszcze to jakoś uporządkować, to mogłoby być naprawdę dobrze. A tak jest... nieźle, czyli jak na ten album słabo.
Disturbed - Utwór kończący album powinien sprawić, że będe rozmyślał o nim przez najbliższych kilka dni. Widząc tytuł spodziewałem się mocnego wyjścia i chyba trochę się przeliczyłem. Kolejny ciekawy pomysł, ciekawy motyw, ale po prostu nie urzekł moich gustów. Mocne dźwięki, break trochę przypomina mi Rebound. Ostry utwór, który nawet mi się spodobał, ale nie podbił serca tak bardzo jak mógłby to zrobić.
Podsumowanie: Puenta jest prosta - nic sobie nie obiecywać, bo można być wtedy mocno pozytywnie zaskoczonym. Album ma u mnie dziewiątkę, co równa się ocenie "Phantasmy" Boliera z zeszłego roku (najlepszej płyty 2010 IMO). Będę wiele, wiele razy powracał do tego wydawnictwa bo to, co zrobił Richard z tym krążkiem to coś niesamowitego. Wszystko to, czego tak brakuje mi ostatnio w Trance - oryginalność, klimat - wszystko to jest na tym albumie. Dostaliśmy kilka genialnych, kilka bardzo dobrych, i kilka "tylko" niezłych produkcji - niespotykany wynik, tym bardziej że Durand nigdy nie był dla mnie czołówką. Tak naprawdę nie podoba mi się i to mocno tylko jeden utwór, i to jeszcze tytułowy. Cała reszta - solidny poziom. Po komercyjnym sukcesie Always the Sun można się było spodziewać zwykłego badziewia, ale Richard pokazał nam tu klasę, jakiej nie pokazali twórcy większości albumów zeszłego roku. Dla wielu ta płyta może wydać się zbyt skrajna, albo z kolei zbyt jednolita (bo ma swój konkretny nurt, nie da się ukryć) - za prawdę powiadam wam jednak, nie odsłuchać tej płyty to zgrzeszyć. Ja swoją pokutę odprawić muszę, bo długo zwlekałem. Polecam!
Najlepsze utwory: Jak cholera ciężki wybór... obiektywnie Night & Day oraz Open Range, chociaż pierwszy znałem dużo wcześniej, a drugi jest ex aequo do kilku innych
Ocena: 9
Miejsce w zestawieniu 2011: ? (podejrzewam, że do TOP3 się załapie

)