Progresywne wydanie bez rozgłosu - brzmi jak dobry początek, czy dobrej historii? Na początku odsłuchu mogłoby się tak wydawać. Od pierwszej sekundy w pełni wypieszczone, techniczne brzmienia połączone z urokliwymi emocjami. Niestety album ten zabił brak różnorodności. Ciężko mi słuchać dwunastu niemal identycznych produkcji. Z każdy następnym numerem satysfakcja maleje, bo ucho już to słyszało. Z drugiej strony przyznać trzeba, że całość tworzy spójną... no właśnie, całość. Dość jednak tego technicznego spojrzenia, tak czysto od siebie: bardzo podoba mi się styl tego producenta, jest kilka dobrych progresywnych akcentów, kilka mniej dobrych; nie można ująć tego inaczej, niż słowem "średniak". Voyager, Another Night In London, Chemistry i Don't Look Down to pozycje ponad normę na "The Space Between The Stars". Lekkie i przyjemne, po prostu progresywne. Jeśli chodzi o wokale to wyróżnić warto numerek dwa, czyli In Deep z Molly Bancroft - utwór znany mi już ze składanki In Search Of Sunrise 9, świetny! Ma niesamowicie nostalgiczny klimat, a wokal jeszcze bardziej go pogłębia. Innym ciekawym wokalem jest Cold Love, na pewno dużo łatwiej wpadnie wam w ucho. Tak naprawdę to by było na tyle. Napisałem już wszystko, co mogłem, bo jak monotonny jest album, tak monotonny jest mój post. Pierwszy odsłuch mocno wciąga, ale z każdym następnym ten pociąg maleje. Wrażenia pozytywne, lecz nie szałowe. Ocena: 7.35, czyli sam środek zeszłorocznej stawki. |