Leon Bolier ostatnio mocno zmienia swój styl. Zamiast czystej melodycznej energii transu, częstuje nas coraz częściej wyszukanymi klimatami i dźwiękami. Słychać to także na tej kompilacji - w utworach z udziałem Leona lub bez niego. Jako wielki fan jego wcześniejszej twórczości powinienem się tym faktem smucić, ale... Streamlined 2011 pokazuje zupełnie odwrotną tendencję. To CD1 uwiodła mnie dużo bardziej, a zwłaszcza jej pierwsze kilka utworów, które tworzyć mają głównie mroczny nastrój. Trzeba też zaznaczyć, że pojedynczo mają dużo mniejszą siłę rażenia - dopiero zebrane w jednym miejscu jako kompilacja, potrafią opanować umysł. Popołudnie pierwszej płyty to troszkę mocniejszy, cieplejszy powiew muzyki, co zepsuło dotychczasową niesamowitą aurę. CD2 zabiera nas w podróż po melodycznych bombach, czyli utworach, jakimi nie raz raczył nas Leon obdarowywać. Początek zapowiada się na prawdę dobrze, pierwsze kilka propozycji to poezja dla uszu. Choć wyróżniłbym tu więcej produkcji, to niestety druga część kompilacji Tunis porwała mnie w mniejszym stopniu. Może dlatego, że znałem już sporą część tracków wcześniej? Może dlatego, że na tej CD pojawiają się bardziej znane nazwiska? Nie wiem, wiem jednak że druga odsłona przegrywa z pierwszą. Jest jedna rzecz, która mnie przeraża... bystrzejsi pewnie się domyślili - nie mówię nic, o utworach samego Leona? Przypadek? Bynajmniej nie. Na składance jest ich 9, a więc ponad ćwiartka - żaden z nich niestety mnie nie zauroczył. Wyjątkiem jest Capetown, które znałem wcześniej, toteż nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Pozostałe, choć w różnych stylach i remixach, nie mają zbyt wielu atrybutów, by się podobać.
Nie warto wymieniać wszystkich lepszych części obu dysków: znalazł się dobry polski akcent (
Wojciech Tuszyński - Delays), melodyczna bomba (
Sensi and Damian Wasse - Onixia), czy dobrze znany mroczny
Purple Haze - Timezone. Gratuluję, ponieważ ta kompilacja jest naprawdę udana. Dobór kawałków wręcz niesamowity. Ocena:
8.9, czyli tuż za ISOS9 (tylko i wyłącznie dlatego, że składanka Duranda była dużo łatwiejsza do przyswojenia, a nie odstająca poziomem). Po cichu liczę, że holenderski autor Streamlined jeszcze wróci do lat swoich świetności.