"Distant Earth" to najnowsze, dwupłytowe (w wersji deluxe nawet trójpłytowe!) wydawnictwo niemieckiego producenta
André Tannebergera, znanego dobrze całemu światu jako
ATB. Od wielu lat sukcesywnie przeplata Trance, House i komercję, zbierając przy tym rzeszę wielkich fanów. Ja nigdy fanem jego nie byłem - od czasu do czasu zdarzało mi się poszukiwać jakiegoś ciekawego punktu zaczepienia w jego stylu, ale nic dla siebie atrakcyjnego nie znajdowałem. Dlatego też płyte (a raczej płyty) oceniam kompletnie na świeżo i mam nadzieję, iż pan André miło mnie zaskoczy.
Jak już wcześniej wspomniałem jest to wydawnictwo dwupłytowe (w dodatku też trzecia płyta z wersjami klubowymi) - na każdej płycie utwory się powielają, ale różnią się między sobą głównie aranżacjami. Tak oto biorąc się za CD oznaczone numerem 1 dostajemy kompromis między chilloutowymi a w pełni klubowymi wersjami. Trzeba tu wspomnieć również o tym, że ATB to przede wszystkim utwory wokalne - nie wpływa to w żaden sposób na moją ocenę, ale przed słuchaniem warto się na to z góry nastawić. Pierwszy wokal, który otrzymujemy, to
"Twisted Love" z udziałem
Christiny Soto. Niestety jest to dla mnie słabiutkie otwarcie płyty. Nudna, nie porywająca melodia, bardzo wymęczony wokal - wybitny przeciętniak. Inny z utwór z tą wokalistką, zatytułowany
"One More" prezentuje nieco mocniejsze brzmienie, ale niestety bezpłciowość wokalu i nudna melodia zostały. Jestem bardzo rozczarowany, że duety z tą świetną wokalistką wyszły tak przeciętnie. Inną dobrze znaną mi wokalistką na tej płycie jest
Melissa Loretta, która częstowała nas swoim głosem chociażby w lubianych przeze mnie "Daylight" czy "Unconditional Love". W raptem trzyminutowym
"If It's Love" wokal mówiąc prosto "daje radę". Instrumentalnie również jest ciekawiej, choćby za sprawą gitary. Niestety, ciągle brakuje czegoś, co całkowicie powaliłoby na kolana. [/b]"White Letters"[/b] z kolei zarzuca nam już innym stylem - z tym, że jeszcze lżejszym. Tu jednak widzę w końcu jakiś potencjał - wakacyjna melodia, lekka barwa głosu. Jak to
B0BSON ujął - nudny utwór bez wyrazu, ale ja widzę w tym zaletę, bo można się przy tym miło zrelaksować. Z tych czterech utworów tylko ten oceniam pozytywnie.
W ramach małej odmiany zajmiemy się utworami instrumentalnymi - na tej płycie mamy takowe tylko dwa. Może to i lepiej? Lepiej choćby dlatego, że oba oceniam bardzo wysoko.
"Chapter One" to efekt współpracy Andre z
Joshem Gallahanem, jego dobrym kompanem. Motyw utworu nie jest nadzwyczajny - epicko trancowy, ale nie wzruszający. Bardzo podoba mi się natomiast klimat baseline'u. Na początku jest mroczny i tajemniczy, a w miarę rozkręcania się utworu łagodnie staje się całkiem udaną melodią. Utwór kompletnie nie podobny do poprzednich czterech, za co nie ukrywam duży plus.
"Apollo Road" - ten tytuł zna chyba każdy, kto choć trochę obraca się w światku klubowej muzyki. Oto ATB zaprosił do współpracy innego, dobrze znanego producenta
Dasha Berlina, by razem stworzyć coś nowego na potrzebny albumu, jak się okazało później coś naprawdę dobrego. Zaprezentowane na A State Of Trance 500 i sukcesywnie grane przez DJi na całym świecie podbiło trance'owe listy przebojów. Czy słusznie? Niewątpliwie. Może nie jest to arcydzieło, ale ma wszystko to, co powinien mieć dobry trance - wzruszająca melodia, energia, polot. Tych trzech cech na pewno tutaj nie brakuje. Ciężko rozkładać tutaj na czynniki pierwsze, ile roboty w tym wszystkim było samego ATB, ile Dasha Berlina, jednak nie ulega wątpliwości, że jest najlepszy utwór tej składanki, no i jeden z lepszych utworów tego roku.
Innym, jak się okazuje znanym mi wcześniej utworem jest
"Killing Me Inside". Wersja posiadana przeze mnie długo gościła w moich słuchawkach, różniła się jednak od tej zawartej na albumie; na szczęście nie na tyle, by utwór przestał mi się podobać. Cichy, nostalgiczny wokal, choć z lekkim wyciem nadaje temu utworowi aromatu. Melodia również dobrze się z nim komponuje - nie jest zbyt wyniosła - spokojna, ponura. Niesamowicie klimatyczny utwór. Dla
"All I Need Is You" głosu użyczył ten sam wykonawca - i znowu wyszło niesamowicie. Dosyć mocno odchylamy się już od ramy Trance, ale utwór jako utwór po prostu jest niesamowity. Rockowe zacięcie do śpiewu (spokojny początek i wyciąganie refrenu) daje tu niesamowity efekt. A gdy doda się do tego mało wyróżniającą się, ale po prostu robiącą za dobrą podstawę aranżację - mamy murowany hit. Momenty, w których schodzi bit są zdecydowanie najlepsze. Gratulacje dla
Seana Ryana, który użyczając swoich strun głosowych dla dwóch utworów, zrobił z obydwu niewątpliwie najlepsze vocal-tracki na płycie. Inną świetną produkcją wokalową jest
"Heartbeat" ponownie z Melissą. Od samego początku brzmi ciekawie - poruszający wokal, pusty beat z bassem na końcu taktu. Breakdown wybija troszkę z tego dobrego rytmu, ale również potrafi zauroczyć. Ogólnie utwór nie jest nadzwyczajny w budowie, jest jednak świetny w swoim wydźwięku. Dobry wokal, dobra pianino, dobra podstawa - po prostu dobry trance.
Swój udział w płycie miał także
Jansoon. Jednym z czołowych singli na składance był jakże wymowny tytuł
"Gold" - niestety, nie mogę ominąć faktu, że ta kompozycja bardziej razi w oczy jak słońce, niż świeci jak złoto. Zupełnie nie mój styl. Zbyt popowy beat, OKROPNY (!!!) głos wokalisty, kompletny brak wyrazu. W
"Move On jest już trochę lepiej - o tyle, że Jansoona da się słuchać, a melodia ma więcej uczucia a całość jest bardziej skoczna. Niestety te dwa utwory stanowią naprawdę słabą część płyty.
Akapit kończący ocenę CD1 zaczniemy od
"Running A Wrong Way" z męskim głosem
Rei Garveya. Kawałek lekki i przyjemny, z miejscami niezłym wokalem. Dobre do posłuchania w gorszy dzień, ogólnie oceniam jako trochę powyżej przeciętnej.
Kate Louise Smith, którą kocham za zaśpiewanie tegorocznego "Sometimes" stworzyła z Andre
'Where You Are" i trzeba przyznać, że spisała się znakomicie. Aranż niewiele jej w tym pomaga, bo jest po prostu nudy i standardowy, ale Kate mocno podwyższa temu utworowi średnią - na tyle, że postawiłbym go obok duetu z Reą Garveyem (nie bić za odmianę). Na zakończenie chyba najsłabszy element płyty, czyli
"This Is You Life" feat. Fuldner. Nudne tło, gadanie w stylu Faithless - to już mówi chyba samo za siebie.
Czas teraz ocenić CD2 - proporcjonalnie odwrotną do tej pierwszej. Mamy tu bowiem tylko dwa wokale i aż dziewięć czysto instrumentalnych utworów. Samo otwarcie płyty jest już dosyć mocne - oto razem, w jednym studiu, za jedną pracą stanęły dwa nazwiska, obok których nie można przejść obojętnie. Czołówka trancowych list przebojów -
Armin van Buuren oraz
ATB prezentują nam swoje
"Vice Versa". Można by spodziewać się komercyjnego szłamu, tutaj jednak otrzymujemy wakacyjny, chilloutowy utwór z wpadającym w ucho motywem. Spokojny, relaksujący, ciekawie zbudowany - świetny początek. Kolejnym świetnym elementem płyty jest
:Magnetic Girl" - przede wszystkim za sprawią motywu piano/gitarowego. Monotonny i powtarzalny, ale to nadaje mu tylko uroku. Nie szokuje, ale 5 minut dobrej wzruszającej melodii wystarcza, by w sobie rozkochać.
Po udanych rozpoczęciu czas przyjrzeć się wokalom. Te niestety nie zachwycają.
"Be Like You" i po raz trzeci już Jansoon - mało porywający, mało interesujący utwór. Słaby wokal, brak konkretnego motywu. Nie ma nawet zbytnio czego oceniać.
"Moving Backwards" to z kolei efekt współpracy z Kate Louis Smi Sama instrumentalistyka jest tutaj bardzo dobra i można się rozmarzyć słuchając jej. Niestety, głos Kate niespecjalnie mi tutaj pasuje. Całość prezentuje się lepiej od "Be Like...", ale mogła by być zdecydowanie lepsza.
Wiele słów musiałem wam wyklikać, zanim dokopałem się do tytułowego utwory płyty
"Distant Earth". Niestety muszę stwierdzić, że jest baaardzo monotonny. Dosłownie nic się w nim nie dzieje, więc ciężko mi nawet to ocenić. Nastawienie bardziej na brzmienie niż motyw dało się we znaki. Podobny zabieg możemy usłyszeć w
"Expanded Perception", gdzie motywem przewodnim miał być chyba ogólny klimat. Przez 6 minut melodia na 4 dźwiękach? - nie dziękuje. Jeszcze dalszą wycieczką w nieznane jest
"Sternwanderer" (feat. Anova). Tu z kolei przez 6 minut możemy liczyć na multum dźwięków bez konkretnej melodii i wyrazu. Podobnie opisałbym również
"Orbit", kończące album. Zbyt melancholijne, przekombinowane. W tych czterech utworach zdecydowanie brak mi charakteru, kopnięcia, konkretnej melodii - no i niestety, te cztery utwory muszę spisać na stary.
"Moments in Peace" - przewidywalne akordy i nieskomplikowany dźwięk, ale mówiąc szczerze to miła odmiana. Można przy tym odpocząć, a to jest chyba główne przeznaczenie chillout trance'u. Niestety, dla mnie osobiście zbyt duży udział ma na tej płycie pianino. Oceniając ostatni album Rogera Shaha wielokrotnie podkreślałem, jak ważne jest to, że szuka innych dźwięków, klimatów - potwierdzeniem tych słów może być właśnie ta płyta. Motywy są dobre, ale przestają poruszać, gdy po raz enty są zagrane właśnie na pianinie. Nie inaczej jest z
"Trinity". Bardzo wolny, zamulający.... Nie skłonił mnie do refleksji, ba, mówiąc szczerze trochę wymęczyłem jego przesłuchanie. Na zakończenie dosyć banalne
"City Of Hope" - z prościutką melodią, ale słodką i miłą dla ucha. Niecałe trzy minuty wystarczyły mi, żeby się rozmarzyć.
Ciężko podsumować taki album. Dwie skrajne połówki składające się w jeden album. Na jednym albumie udało się zawrzeć materiał między mocno popowym Trancem a przekombinowanym Chilloutem... W każdym możliwym wypadku powiedziałbym, że to dobrze - niestety, to chyba nie jest jednak taki przypadek. Kilka klimatycznych, melodycznych instrumentalów, kilka niezłych wokali: to wszystko co mogę powiedzieć o tym albumie. Nie wiem, może nie jestem oswojony ze stylem Andre; dla mnie to jest po prostu kompilacja bardzo różnych utworów, które łączą mało Trancowe wokale (CD1) i pianino (CD2). Jak by jednak nie patrzeć, kilka utworów będę przez jakiś czas wałkował.
Najlepsze utwory: CD1: Apollo Road, All I Need Is You; CD2: Vice Versa
Ocena: 6.9
Miejsce w zestawieniu 2011: ?
P.S. Z góry ostrzegam że może być trochę błędów składniowych, pisałem to dosłownie na kolanie (co nie znaczy, że tak słuchałem

)