Dziś pod lupę bierzemy długo oczekiwany, a bodaj jeszcze dłużej zapowiadany album jednej z czołowych formacji trance'owych na całym świecie -
Above & Beyond.
"Group Therapy", bo taki jest tytuł tego wydawnictwa, to lekko mówiąc skrajne przedsięwzięcie. Nie ukrywam, że tak ważne wydarzenie jak nadchodząca jego premiera zmusiła mnie do wcześniejszego odsłuchiwania próbek, czy choćby czytania w większości przypadków nieprzychylnych opinii. Wszyscy są raczej zgodni - zbyt popowo, zbyt kiczowato, bez uczucia. Zarzuty są duże, więc nie będę się w żaden sposób do nich odnosił przed odsłuchaniem tego nieco ponad godzinnego przedstawienia. Zobaczmy, co mają dla nas jedni z prekursorów gatunku klubowego Trance
Filmic to swego rodzaju wprowadzenie do płyty. Nie da się ukryć, iż ze starym, klasycznym klubowym brzmieniem ma to niewiele wspólnego. Jest to jednak jedyny zarzut (choć bardziej pasowało by tutaj słowo "uwaga"). Stonowane, ale zarazem wyniosłe; z prostą, ale wzruszającą melodią; dopieszczone do granic możliwość intro jest świetnym akcentem na rozpoczęcie tej płyty. O albumie mówi niewiele, bo jest to tylko i wyłącznie opracowany motyw - jeśli jednak materiał na ten album ma być tak perfekcyjnie przygotowany, to może czekać nas przyjemna godzina.
Po bardzo płynnym przejściu dostajemy nareszcie coś żywszego i skocznego. Zajmiemy się w tym dłuższym akapicie duetami z wokalistką
Zoe Johnston. Pod numerem dwa na krążku odnajdziemy
"Alchemy". Od początku robi dobre wrażenie. Nie jest to może szczyt energii i emocji płynących z tego gatunku, jednak z przyjemnością się go słucha. Wyważony, melodyczny, wpadający w ucho. Będąc zgryźliwym można by to nazwać po prostu mocniejszym popem - ja jednak pozostaje przy stwierdzeniu iż jest to kawałek naprawdę dobrego Trance'u, przy którym można się po prostu dobrze odprężyć. Przeskakując nieco do przodu, na odtwarzaczu ukazuje się
"You Got To Go". Manierą tego albumu są komercyjne wokale, co daje się zauważyć chociażby bo ramach tekstów. Nie wnikam czy takie były założenie artystyczne, czy promocyjne, bo nie w tym rzecz - chciałem tylko napomnieć, że wystarczy się do tego przyzwyczaić, a materiał zawarty tutaj może się naprawdę podobać! Mówię to teraz, gdyż ten utwór jest żywym tego przykładem. Jest radiowy z krwi i kości, ale wystarczy się wsłuchać, a usłyszeć można stylizowane, klubowe brzmienie, uczuciowy głos i bardzo przyjemny motyw. Kolejny bardzo dobry utwór. Angielskie trio nie daje nam jednak odpocząć i następna parzysta cyfry to kolejny duet z Zoe - tym razem zatytułowany
"Giving It Out". Aranżacja utworu jest zupełnie inna od opisywanych poprzednio, lecz tym razem mówię to w formie negatywnej. Zestawienie dźwięków jest interesujące; całość brzmi jednak nad wyraz obciachowo. Pozostałe składowe utworu niestety w żaden sposób go nie ratują - motyw jest zupełnie płaski i ciężki do słuchania, a wokal, choć tej samej pani, w tym wypadku bezpłciowy.
"Love Is Not Enough" od samego początku wpada w ucho. Ten, jak ja bym to nazwał "drive baseline", powoduje u mnie ciągle tupanie nogą i bujanie głowy. Kiedy jednak pojawia się linia przewodnia, mam mieszane uczucia. Przede wszystkim, nijak do tej podstawy nie pasuje. Podobnie jest z wokalem - dla tego typu kompozycji powinien być on delikatny i wciągający, a jest głośny, zbyt wyniosły i najzwyczajniej w świecie drażniący. Na plus zasługuje kipiący uczuciami breakdown i do pewnego momentu dobre wykończenie (które zostało popsute właśnie przez wokalistkę). Po dwóch dobrych i dwóch słabych produkcjach przychodzi czas na
"Sweetest Heart". Trzeba przyznać, że podobnie jak "Love Is..." od pierwszej sekundy miło się słucha. Ten utwór mogę ocenić jednak całościowo jako udany. Ma dobry motyw, mniej wyrazisty wokal, większy udział instrumentów - chyba wszystko to, czego brakowało we wszystkich poprzednich. Przez pewien moment był dla mnie zbyt jednolity - po pewnym czasie można jednak usłyszeć w tym jego siłę. Łatwo wpada w ucho, jest przyjemny. Pozostał jeszcze jeden, nieco innej kategorii utwór -
"Only A Few Things", czyli w pełni akustyczna produkcja. Od razu w ucho rzuca się dźwięk dobrze znany z Buurenowego projektu "Gaia". Nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Jest pokazem talentu i możliwości autorów, ale melodycznie i wokalnie nie szokuje. Jest całkiem dobry, ale nic ponad to. Tym spokojnym akcentem utwory wokalne z Zoe się kończą. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W wielu miejscach słyszałem, że jej śpiew jest największą porażką na tym albumie. Ja jednak jestem przeciwnego zdania. Jest to na pewno jakaś odmiana od tych codziennych, cukierkowych głosów znanych z pospolitych produkcji pospolitych producentów. Zresztą to samo mogę na ten moment powiedzieć o tle instrumentalnym. Jeśli ktokolwiek, sugerując się komentarzami innych, odpuścił sobie te kilka utworów - zachęcam do przesłuchania i to nie jednokrotnego, bo z tym materiałem można się łatwo oswoić, a później z przyjemnością się nim częstować.
Drugim, poważnym frontem "Group Therapy" jest głos męski, użyczony przez brytyjskiego wokalistę
Richarda Bedforda, który gościł już na debiutanckim albumie Above & Beyond "Tri State". Pan Richard wśród krytyków także nie ma łatwego życia. Chyba co druga opinia zarzuca mu nużący i w żaden sposób nie porywający sposób śpiewania. Panowie z Wielkiej Brytanii polubili go jednak na tyle, że zaszczycił obecnością, niemal podobnie jak Zoe, pięć utworów.
"Sun & Moon" to tytuł dobrze znany i mocno wypromowany na długi czas przed albumem. Spośród tego, co do tej pory słyszeliśmy, jest chyba najbardziej energiczny i klubowy. Upatrywałbym go w kategoriach mocnego środka. Jest, jak można było się obawiać, po prostu nudny. Część środkowa w kwestii dźwięków jest jednak bardzo przyjemna w słuchaniu, a późniejsza energia płynąca z tego utworu budzi do dalszego słuchania. Tak oto przechodzimy do jedynego duetu wokalistów. Do Richarda dołączył
Tony McGuiness, by powstał
"Black Room Boy". Jako iż jestem fanem rasistowskich dowcipów, nie mogłem się doczekać odsłuchania - i przyznam szczerze, że się mocno zawiodłem. Wokal Tony'ego jest beznadziejny, nie do przeżycia. Nie pasuje do tego typu utworów, a myślę, że i w każdym innym byłby po prostu ciężki do strawienia. Richard daje radę, choć jak by nie patrzeć, wiele do zaśpiewania nie miał. Aranż jest okropny. Na ten moment jest to najgorszy utwór albumu.
"Only Ma Way To Heaven" to w sumie pierwszy utwór, gdzie widzę mocno zmarnowany potencjał. Przez co? No niestety, przez wokal. Głęboki motyw, wciągające, rytmiczne uderzenia - przy tym głos Richarda wypada po prostu śmiesznie. Bardzo mile widziany były tu Dub Mix bądź coś, co usunęło by z tego utworu wokalistę. Szkoda, naprawdę wielka szkoda. Podejrzewam, że mógłby tutaj pasować wokal Zoe - szkoda, że producenci o tym nie pomyśleli. Na osłodzenie wybieram przycisk dalej, by wsłuchać się w
Every Little Beat. Znakomita część albumu! Wzruszające intro, stonowanie wokalu Bedforda, bardzo spokojna perkusja, dobrze skomponowane brzmienia, wakacyjny motyw - czegoś takiego mi brakowało. Nie ukrywam, że w gorszy dzień przy takim utworze może uronić mi się łezka. Jest bardzo lekki, ale w tym brzemię jego ogromny potencjał. W pierwszym odsłuchaniu wpada w ucho, a dzięki melancholijnemu klimatowi zostaje tam na bardzo długo. Na zakończenie kolejny wydany wcześniej utwór zatytułowany
"Thing Called Love". Gdy po raz pierwszy usłyszałem go w zeszłym roku, zakochałem się od pierwszego usłyszenia. Miesiąc po miesiącu, pojawiały się dziesiątki interpretacji tego wokalu i motywu; bałem się mocno o wersję, którą usłyszę przesłuchując pełny album. Obawa bardzo niesłuszna, bo otrzymujemy kolejną wyśmienitą produkcję. Słodką, melodyczną, wzruszającą, wywołującą ciarki na ciele. Nawet Richard Bedford jest tutaj plusem, i to ogromnym! Bardzo podnosi wartość tego utworu. Wspaniała trance'owa kompozycja, do której nie mam nawet cienia zastrzeżeń. W ten oto sposób kończymy część, w której dominował męski głos. Producenci tego albumu powierzyli mu bardziej klubowe brzmienia, w których odnalazł się w różnym stopniu. Dwa świetne, jeden całkiem niezły i dwa skopane (no, powiedzmy że półtora) wokale to chyba całkiem niezły wynik w porównaniu do moich oczekiwań - wynik zresztą podobny do ocenianych wcześniej wokali z Zoe Johnston. Lecz pominąć nie mogę, że opinia o mało uczuciowym głosie Richa (a to w tym gatunku jest chyba podstawą) jest słuszna. Gratulacje w tym miejscu należą się dla Above & Beyond, bo odwalili kawałek dobrej roboty, świetnie aranżując pod miejscami mocne zanudzanie (a w przypadku "Thing Called Love" tworząc świetnie zgrany duet). Jeśli ktoś z kolei miał ochotę ominąć ten pięciopak wokali, to zabraniam - choćby ze względu na dwa wspaniałe utwory, czy "Ciemnopokojowego chłoptasia", czyli rzecz o tym, jakiego Trance'u robić się nie powinno.
A co z wersjami czysto instrumentalnymi? Takie też możemy znaleźć.
"Prelude", wbrew temu co mówi tytuł, pojawia się w środku krążka. Bardzo żywa, energiczna pozycja. Kojarzyć się może z produkcjami wydawanymi na co dzień pod labelem Anjunabeats, któremu właśnie Above & Beyond przewodzi. Prosta melodia w breakdownie, orientalne śpiewy i przyjemny, wakacyjny klimat płynący z tego utworu sprawiają, że miło się go słucha i jest niewątpliwie miłą przerwą między toną wokali zawartych na albumie. Nie inaczej jest z
"Sun In Your Eyes". Brzmienia są tu bardziej wyrafinowane, ale nie tylko ich koneserzy znajdą tu coś dla ciebie. Mimo prostego motywu przewijającego się przez pięć minut, można się rozpłynąć. Podziwiam producentów za to, że przez odpowiednie manewrowanie instrumentami, potrafią z prostych melodii wykrzesać tak dużo, nie nudząc przy tym słuchacza. Plażowy, chilloutowy klimat to doskonały wybór na wakacyjny relaks.
Przechodzimy do numeru piętnaście, a więc jak się domyślacie, zakończenia.
"Eternal", jeśli mnie pamięć nie myli, był jedynym utworem, który spodobał mi się przy przesłuchiwaniu próbek. Czy moja opinia o nim się zmieniła? Nie miała powodu. Outro swoją budową nawiązuje do intra, ale jest jeszcze głębsze i bardziej wzruszające. Słuchawki z dobrą izolacją i czystym, głośnym dźwiękiem są w sam raz do jego słuchania. Bardzo uczuciowy wyjście z krążka. Mam nadzieję, że instrumentalne utwory otrzymają swoje wersje Club Mix, bo szkoda byłoby zaprzepaścić takie motywy na akustycznych interpretacjach.
Tak oto kończy się przygoda z "Group Therapy". Być może wielu z was biło się w głowę czytając tą recenzję, mówiąc po cichu "Idiota!", ale mi ten album po prostu się podoba! Nie jest to szczyt możliwości tak legendarnej formacji jak Above & Beyond, jednak i obiektywnie, i subiektywnie patrząc materiał na nim zawarty jest dobry. Zróżnicowany, melodyczny, klimatyczny. Rozumiem, że wielu z was liczyło na mocne, klubowe i parkietowe akcenty, którymi ci panowie się wsławili - bardzo jednak spodobała mi się opinia w tym temacie, iż Trance się zmienia, a A&B, zamiast podążać za nimi, woli je wyznaczać. Broń Boże, nie sugeruję iż Pop Trance jest przyszłością (bo w wielu przypadkach tak bym określił gatunek tych produkcji) - sugeruję jednak, że przyszłością jest szukanie nowych dźwięków, nowych klimatów, nowych brzmień. To jest nieodwracalne, i wbrew pozorom dotknęło nie tylko królów Anjuna - spójrzcie na Rogera Shaha, Leona Boliera, czy nawet Arctic Moona zwalniającego tempo. Żeby nie zginąć w otchłani coraz to nowych producentów, trzeba szukać nowych dróg (wystarczy spojrzeć na Asha Wallbridge'a, który z genialnego producenta stał się marionetką Armady i marnym artystą wśród słuchaczy); niewątpliwie ten, kto taką drogę znajdzie, będzie miał szansę zepchnąć z tronu nawet samego Armina (bo wierzę, że wiecznie siedzieć tam nie będzie). Above & Beyond już zaczęło szukać - jak widać, w publikę nie trafili, ale w mój gust jak najbardziej. Nie jest to genialne wydawnictwo pokroju Orjana Nilsena, czy Richarda Duranda chociażby - patrząc jednak na wasze komentarze, jestem lekko zdziwiony. Ten album był dla mnie dziewiczym seksem, jeśli przyrównać go do tegorocznych "dzieł" Tritonala czy O'Callaghana. Po części jednak was rozumiem - ja sam nigdy nie byłem wielkim fanem tego trio, a bardziej znawcą ich popularniejszych utworów. Gdyby teraz, któryś z moich ulubionych twórców pokusił się o takie zestawienie, byłbym zniesmaczony. Nie mogę też mówić o albumie w samych superlatywach, bo takie utwory jak "Black Room Boy" nie powinny były się wydarzyć. Mimo to, summa summarum, podsumowując i kończąc - jestem pełen podziwu i szacunku dla Above & Beyond za tak ryzykowny album i gratuluję im, bo zdobyli moje głośniki na czas najbliższych tygodni.
Najlepsze utwory: Thing Called Love, Filmic
Ocena: 7.9
Miejsce w zestawieniu 2011: ?